HISTORYCZNE
BITWY

KRZYSZTOF MAZOWSKI

FUENGIROLA 1810

Fuengirola 1810 - Okładka
Książkę poleca:
Discovery TVN Historia poleca
Patronat medialny:
Patronat medialny: Mowią Wieki

Historyczne Bitwy - Fuengirola 1810

Wspomnienie z wojny hiszpańskiej r. 1810 przez Franciszka Młokosiewicza

(Tekst opublikowany w czasopiśmie “Biblioteka Warszawska”, t. 4, grudzień 1842, s. 515-547)

(s. 515) Przed kilkoma laty dostało mi się w ręce przypadkiem dziełko, napisane przez Jenerała Angielskiego Lorda Blaynej, a przetłumaczone na język francuski w dwóch tomach pod tytułem:
Relation d’un Voyyzge forte en Espagrze et en Fran­ce dans les annes 1810 a 1814.

Zatrudnienia moje własne i później nastąpione wypadki polityczne, przeszkodziły mi odpowiedzieć na nie, tak jak tego charakter mojego narodu, mój własny, i na koniec czysta prawda wymagają.

Stosunki jakie miałem z autorem tego dzieła, w skutku wypadków wojennych, zaostrzyły moją ciekawość, tym bardziej, że lubo dosyć byłem obeznany z wypadkami wojennymi na półwyspie, szczególniej jednak chciałem się przekonać, w jakim duchu autor opisał zamiar i skutki powierzonej sobie wyprawy, a której najpierwszą czynnością było uderzenie na miejsce powierzone mojej obronie.

Po przeczytaniu trzech pierwszych rozdziałów postrzegłem tyle błędów i podań z prawdą niezgodnych, tyle potwarzy uszczypliwych i obrażających nie tylko mnie, lecz nawet w ogóle honor Polaków, że znając najdokładniej główny wypadek i powód, który autora do (s. 516) napisania tego paszkwilu rozjątrzył, osądziłem za powinność moją w krótkiej odpowiedzi zwrócić pociski autora na niego samego i uniewinnić się, jako też współrodaków moich, od zarzutów, jakie autorowi z żalu zapewne źle wykonanych wyższych rozkazów, z pod jadem zaprawnego pióra, obrażonej miłości własnej, wypłynęły.

Uprzedzić winienem czytelnika, iż ani chęć sławy literackiej, a tym mniej zamiar głoszenia moich czynów w zawodzie wojskowym nie są mi powodem do wzięcia pióra, gdyż pierwsza wymagałaby większych zdolności, drugie zaś są za nadto w szczupłych zamknięte granicach, aby zasługiwać mogły na ogłaszanie ich światu. Jedynie tylko idzie mi o obronę honoru, który, jak już powiedziałem, autor rzeczonego dzieła poważył się uszczypliwie dotknąć.

Zamiarem Lorda Blayney w wydaniu dzieła tego była najpewniej chęć usprawiedliwienia się przed Rządem i narodem angielskim z nieszczęśliwych skutków powierzonej sobie wyprawy i oczyścić się z zarzutów jakie z tego powodu najsprawiedliwiej mogły być mu robione, podobny krok mógł mu honor nakazywać, lecz ten sam honor winien go był wstrzymać od uwłaczania cudzej sławie, w piśmie swemu uniewinnieniu poświęconym.

Mógłby był Jenerał Lord Blayney na swoją obronę wyłożyć swój plan i wskazać zawady, jakie znalazł w wykonaniu go, mógłby był powiedzieć że zamiast garstki okrutnych Polaków[1] miał do czynienia z ogromną armią Francuzką, tym sposobem byłby dopiął swego (s. 517) celu, gdyż ja chociaż najdokładniej świadomy rzeczy i przekonany o całej bezzasadności przytoczonych czynów, nie byłbym może pomyślał o zbijaniu utworzonych przez niego marzeń.

Czytając wiele dzieł opisujących tegoczesne wypadki wojenne, nie znalazłem w żadnym dokładnie skreślonej wyprawy pod dowództwem Lorda Blayney. Tego przyczyną jest, iż gdzie Jenerałowie francuscy dowodzili innych narodów wojskami, zwykli byli za własne uważać świetne czyny wojenne obcego wojska, jako pod ich sztandarami dokonane.

Tego samego doznało losu i opisanie wyprawy Lorda Blayney, która lubo została zniweczoną zaraz na pierwszym wstępie przez oddział 4° pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, jakim ja miałem zaszczyt dowodzić, mając powierzoną obronę zamku nadmorskiego Fuengirola w prowincji Malagi, wszelako tak raporty umieszczone w pismach publicznych jako też i dzieła opisujące kampanile wojskowe, mówią o tej wyprawie w sposobie, jak gdyby do jej zniszczenia Jenerał Sebastiani z swoją armią przyłożył się. Polacy bowiem sami pod dowództwem Bronisza Szefa batalionu pułku 4° piechoty Księstwa Warszawskiego nie mogąc się doczekać pomocy obiecanej przez Jenerała Sebastianiego z Malagi, ani też dłużej patrzeć z Mijas, miasteczka, z którego dokładnie widzieć było można oblężenie Fuengiroli przez Eskadrę na morzu Śródziemnym i wojska angielskie na lądzie będące, a widząc współbraci niechybnie przeciw takiej sile nieprzyjacielskiej na zgubę wystawionych, do boju w liczbie 200 ludzi o godzinie 24 i z południa ku zamkowi Fuengiroli poszli; a dopiero o godzinie 7-mej wieczór tegoż dnia przysłano batalion (s. 518) z 400 ludzi Francuzów, z 32 piechoty liniowej pod dowództwo Bronisza, który też znając, że jeden strzał uczyniony przez Francuzów uważany by był za ich dzieło, rozkazał im zająć pozycję, i bez strzelania być świadkami waleczności Polaków, a tak nawet ta garstka Francuzów w bitwie tej nie była czynną; czego dowodem jest własnoręczny do mnie pisany list wspomnionego Jenerała, umieszczony na końcu tego pisma.

Zostawszy ciężko ranny w pamiętnej w dziejach świata bitwie pod Lipskiem w r. 1813 wróciłem do kraju, skończyłem mój zawód wojskowy, a w zaciszu domowego zakątka, miłym mi było wspomnienie prac i trudów dawniejszych. Nie mogłem więc być obojętnym czytając w jak mało zbliżonym do prawdy świetle wystawiony jest w pismach francuskich opis ściągający się do wyprawy Lorda Blayney, i dla tego przedsięwziąłem w celu sprostowania omyłek tymiż pismami upowszechnionych, zrobić krótki rys tej wyprawy. W roku 1810 miałem sobie powierzone dowództwo w zamku Fuengirola (o 5 mil od Malagi odległym). Był to jeden z tych, którymi Hiszpanie brzegi Morza Śródziemnego opatrzyli, częścią dla obrony od napaści Barbaresków (*Arabów z Afryki Płn. W tym wypadku algierskich korsarzy. Przyp red), częścią dla zasłony statków handlem nadbrzeżnym trudniących się, które ścigane przez korsarzy, z łatwością pod zasłoną dział w tych zamkach umieszczonych chronić się mogły.

Zamek Fuengirola, jeden może z najstarszych, od dawna zaniedbany, a nade wszystko ogołocony z dział, które cofający się przed wojskiem francuskim Hiszpanie pozagważdżali i z murów pozrzucali, był w stanie nader nędznym w czasie zajęcia tych okolic przez wojska francuskie.

(s. 519) Położenie tego zamku, robiąc go niejako kluczem do Malagi od strony Gibraltaru[2], było na przeszkodzie handlowi, jaki Anglicy zawsze starali się utrzymywać, tamowało dostarczenie broni i innych potrzeb dla mieszkańców znacznej części Królestwa Grenady, a nade wszystko było zaporą tamującą związki pomiędzy różnymi oddziałami powstańców, rozszerzonymi w tych okolicach. Naczelny dowódca francuski w Królestwie Grenady Jenerał Sebastiani, uznawszy, ile ważnym było zapewnić posiadanie tego zamku, przeznaczył dla niego stałą załogę z 150 ludzi z 4° pułku piechoty Księstwa Warszawskiego pod moją komendą, rozkazując razem, ażeby przedsięwzięto jak najśpieszniejsze środki w celu poprawienia fortyfikacji miejscowych i zaopatrzenia w dostateczny zapas amunicji i żywności.

Zaledwie atoli rozkazy te w części zostały dopełnione, kiedy w dniu 14 października 1810 roku Eskadra angielska, składająca się z dwóch okrętów liniowych, trzech brygów, czterech szalup kanonierskich i wielu statków przewozowych, pokazała się od cieśniny Gibraltaru i naprzeciw zamku stanęła.

W tym samym prawie czasie znaczny oddział powstańców hiszpańskich zebrał się od strony gór przyległych, którzy pewnie w skutku rozkazów danych poprzednio przez Jenerała angielskiego, zbliżywszy się nagle pod zamek, zabrali mi 40 sztuk pasącego się bydła, należącego do szczupłych osady zapasów, i ubili jednego z ludzi strzegących, drugiego ranili. Dla odbicia uprowadzonego bydła wysłałem oddział z 40 ludzi (s. 520) złożony pod komendą porucznika Ubysza, lecz zaledwie ten oddział oddalił się od murów zamku, kiedy stojąc na wałach spostrzegłem, że wzgórki bliskie zamku zajęte już zostały przez piechotę angielską, która wylądowała pod zasłoną tych wzgórków w miejscu zwanym Calle del Moral. Nie chcąc bynajmniej osłabić nielicznej załogi, kazałem uderzyć na murach apel na oddział porucznika Ubysza, który za tym znakiem zaraz do zamku powrócił.

Nieprzyjaciel nie tracąc czasu[3], rozwinąwszy swe siły i przygotowawszy się do ataku, wysłał do mnie parlamentarza w mniemaniu, że sam widok sił tak znacznych zdoła nas zastraszyć i skłoni do poddania na pierwsze wezwanie. Nie mając myśli w żadne wchodzić układy i postanowiwszy bronić do ostatniego miejsca memu dowództwu powierzonego, nie przyjąłem parlamentarza. Wtenczas nieprzyjaciel, zawiedziony w nadziei opanowania bez żadnej straty zamku Fuengirola, postanowił opanować go mocą.

Około godziny pierwszej z południa batalion jeden nieprzyjacielski rozpuszczony w tyralierów wysłany został od lądu pod mury zamku, a w tym samym czasie eskadra nieprzyjacielska rozpoczęła gwałtowny ogień przeciw zamkowi od strony morza.

(s.521)Moje środki obrony składały się z 150 ludzi z pułku 4° piechoty Księstwa Warszawskiego, z dwóch żelaznych 16-funtowych dział starych i dwóch spiżowych armatek 2-funtowych polowych. Do służby przy działach znajdowało się trzech starych kanonierów hiszpańskich, którzy za pokazaniem się angielskiej eskadry znikli. Już więcej godziny nieprzyjaciel sypał grad kul, granatów i kartaczy z eskadry, nim ja byłem w stanie zaradzić brakowi artylerzystów po ucieczce kanonierów hiszpańskich przez wyszukanie zdatnych do armat ludzi w moim oddziale. Szczęściem miałem pomiędzy mymi żołnierzami dwóch, którzy dawniej służyli w artylerii rosyjskiej, i młodego sierżanta Zakrzewskiego, który nad moje spodziewanie w tej potrzebie zręcznym się okazał. Po umieszczeniu dział przyzwoitym i obróceniu ich ku eskadrze rozpoczęliśmy ogień z tak dobrym skutkiem, iż od pierwszych zaraz strzałów szalupa jedna kanonierska wraz z całym ekwipażem zatopioną została nieprzyjacielowi.

Po kilkugodzinnym nieustannym z obydwu stron ogniu zostałem zasmucony stratą jednego z moich kanonierów, stratą tym dotkliwszą, że nas pozbawiła człowieka, który w tym krytycznym położeniu pełnił tak ważną usługę. Zabity został kartaczem, w chwili kiedy działo ku nieprzyjacielskiej eskadrze wymierzył. Zgon tego walecznego żołnierza nie zachwiał bynajmniej stałości innych przy działach służbę pełniących, lecz owszem zapalił w nich chęć zemszczenia się za kolegę.

Ogień ten z obu stron trwał ciągle do ciemnej nocy i tylko gwałtowna ulewa, która w tym czasie nastąpiła, przeszkodziła dalszemu strzelaniu.

(s. 522) W tym dniu, oprócz mnie samego, miałem 12 rannych i 3 zabitych. Strata nieprzyjaciela była pewnie znaczniejsza w ludziach, który tym razem utracił majora dowodzącego batalionem od lądu atakującym.

W czasie ciemności nocnej usypał nieprzyjaciel baterię na wzgórku, odległym około 150 sążni od murów zamku, i osadził ją 6 działami sprowadzonymi z eskadry, między którymi był jeden moździerz i granatnik, my zaś, nie mogąc dostrzec nieprzyjaciela działań tak dla ciemnej nocy, jako też dla ciągle trwającej ulewy, staliśmy przez noc całą pod bronią na murach zamku.

Nim przystąpię do opisania dalszych wypadków dnia następnego, to jest 15 października, należy mi nadmienić, jakim sposobem komenda moja została wzmocnioną oddziałem z 80 ludzi z tegoż samego pułku, i następnie, co sprowadziło drugi oddział składający się z 200 ludzi piechoty z 4° pułku Księstwa Warszawskiego i 80 dragonów francuskich z 21 pułku, których przybycie przyłożyło się znacznie do odniesienia zupełnej nad nieprzyjacielem korzyści, jak się to z dalszego opisu okaże.

Porucznik Chełmicki stał z oddziałem z 60 ludzi złożonym w małym miasteczku Mijas, położonym na milę od Fuengiroli, na górze skalistej, wysokiej i prawie niedostępnej, dla zapewnienia związków tego zamku z Malagą.

W tym to wzniosłym nad całą okolicę położeniu widział Chełmicki zbliżającą się eskadrę angielską, a domyślając się jej zamiarów, zrobił zaraz raport do Malagi, gdzie podówczas znajdował się Jenerał Sebastiani, a zarazem uwiadomił szefa batalionu Bronisza, który w tym samym czasie stał z swoim oddziałem (s. 523) w miasteczku Alauryn (*Alhaurin el Grande), odległym o mil 2, dla uważania ciągłych poruszeń znacznych oddziałów powstańców hiszpańskich, zajmujących góry Ronda i miasteczko Junquera.

Przez cały dzień 14 października Chełmicki widział dokładnie każde poruszenie nieprzyjaciela, nie mógł jednakże z małą swoją komendą żadnej oblężonym dać pomocy; wysłał przed wieczorem powtórnie do szefa Bronisza z doniesieniem o stanie rzeczy i potrzebie prędkiej pomocy zamkowi, mimo tego, tak na pierwszy swój raport, jako też i na powtórny, nie odebrał żadnej odpowiedzi. W tej niepewności waleczny Chełmicki, troskliwy o los swych towarzyszów broni, których przykre widział położenie, przedsięwziął śmiały i niepodobny prawie do wykonania zamiar zbliżenia się do zamku i połączenia się z osadą dla dzielenia z nią niebezpieczeństw i obrony.

Plan ten był tym trudniejszym do wykonania, iż z miasteczka Mijas jedna tylko ciasna ścieżka do Fuengiroli prowadziła, cała zatem nadzieja Chełmckiego była w sposobności, jaką mu podawały ciemność nocna, nadzwyczajna burza z piorunami, gradem i deszczem połączonymi, i najdokładniejsza znajomość drogi, którą mu odbyć wypadało. Ruszył zatem odważny Chełmicki z jak największą cichością, a przebywszy śród nocy kilka potoków gwałtownie z gór spadających i przeszedłszy prawie pomiędzy oblegającymi nas Anglikami, którzy leżeli na ziemi pokryci przed słotą derami wełnianymi, stanął pod murami Fuengiroli.[4]

(s. 524) Uwiadomiony od czuwających straży o zbliżeniu się jakiegoś oddziału, nie mogąc się spodziewać, aby to mógł być oddział Chełmickiego, w obawie jakiego z strony nieprzyjaciela podejścia z jak największą ostrożnością przystąpiłem do rozpoznania przybyłych.

Poznałem wprawdzie głos dowódcy jako dobrze mi znajomy, lecz nie mogłem sobie wystawić, jakim sposobem Chełmicki mógł się przedrzeć aż do zamku, kiedy ten prawie wkoło od oblegających był otoczony, a w mniemaniu, że wzięty w niewolę mógł być zmuszonym do tego podstępu dla ułatwienia nieprzyjacielowi opanowania zamku, opierałem się początkowo otworzeniu bramy, lecz gdy Chełmicki dał mi słowo honoru, że przychodzi wolny i z całym swym oddziałem, przyjąłem go z tym większą radością, im więcej czułem potrzebę śpiesznej pomocy.

Nieprzyjaciel nie ograniczył działań nocnych na wysypaniu baterii, lecz chcąc się zapewnić od strony Mijas i przeciąć wszelką sposobność posiłku, wysłał do tego miejsca 600 ludzi w celu podejścia i zabrania szczupłego oddziału porucznika Chełmickiego i przeszkodzenia połączeniu się z nami oddziału szefa Bronisza. W drodze oddział, który Chełmicki prowadził dobrze sobie znanymi ścieżkami, nie był napotkanym przez nieprzyjaciela, który przybywszy do Mijas, nie zastał oddziału polskiego, którego się spodziewał. Właśnie o godzinie szóstej z rana wszedł nieprzyjaciel do Mijas, gdzie zastał przed godziną przybyłego szefa Bronisza z kolumną ruchomą z 200 ludzi złożoną, z pułku 4° Księstwa Warszawskiego, przygotowanego do przyjęcia nieprzyjaciela, i 60 (*błąd wydawcy, idzie o 80 dragonów) dragonów z 21 pułku. Niemałe jego było zadziwienie, gdy zamiast oddziału Chełmickiego spostrzegł (s. 525) liczniejszy oddział właśnie w noc podczas burzy wściekłej przybyły. Wszczęła się żwawa utarczka, a po dzielnym z obydwu stron oporze, a nawet wdrapaniu się części oddziału angielsko-hiszpańskiego do Mijas, nazad bagnetami polskimi z miasteczka i góry zepchnięty i złamany nieprzyjaciel utracił 20 zabitych i rannych, a około 40 zabranych w niewolę; reszta oddziału angielsko-hiszpańskiego w największym nieładzie pierzchła.

Po tej niespodziewanej walce szef Bronisz zajął Mijas, żołnierzom kazał odpocząć i posilić się żywnością.

Dnia 15 października równo ze dniem nieprzyjaciel rozpoczął ogień, tak z baterii nocą usypanej, jako też i z eskadry, który krzyżując się w zamku, ranił mi wielu ludzi, i w niektórych miejscach mur stary zaczął się rozwalać, a nawet obalenie się jednego bastionu zabiło mi od razu dziewięciu ludzi z załogi. Szczególniej zaś byłem w obawie o mój skład prochu, który umieszczonym był w jednym pustym pokoju, bez okien, bez drzwi, i tylko mokrymi skórami okryty.[5]

Utrzymywałem odwagę garnizonu nadzieją prędkiej odsieczy, której sam nie bardzo spodziewać się mogłem. Jakoż ogień nasz był ciągłym i szybkim i nieraz widzieliśmy, że był skutecznym.

Nieprzyjaciel mniemając, że po przekonaniu nas o swoich siłach a, przeciwnie, krytycznym położeniu zamku, którego słabe mury za każdym strzałem rozsypywały się, łatwiejszymi będziemy jako w dniu poprzednim, wysłał powtórnie parlamentarza, lecz postanowiwszy bronić (s. 526) się do ostatniego, nie dozwoliłem na zbliżenie się tegoż, nie chcąc przez wdanie się z nim w rozmowę nadwątlić odwagi moich żołnierzy.

Nieprzyjęciem powtórnym parlamentarza rozgniewany dowódca nieprzyjacielski podwoił swoje usiłowania; wstrzymany na chwilę ogień z baterii, na nowo jeszcze gwałtowniej rozpoczęto. Mur nadwątlony znacznym zagrażał wyłomem. Garnizon mój, utrudzony obroną ciągłą bez spoczynku i pożywienia, zaczął słabnąć w okazywanym dotąd zapale.

Porucznik Chełmicki zapewnił mnie wprawdzie, iż dwukrotnie uwiadomił szefa Bronisza o moim krytycznym położeniu, gdy jednakże na żadne nie otrzymał był odpowiedzi, nie można było z pewnością oczekiwać pomocy.

Tymczasem szef Bronisz po wypędzeniu nieprzyjaciela z Mijas miał wprawdzie chęć pośpieszenia nam na pomoc, lecz nie otrzymawszy na to wyższych rozkazów, a obawiając się na własną odpowiedzialność z tak szczupłymi siłami iść przeciwko nieprzyjacielowi tylokrotnie silniejszemu, zaciągnął rady swych podkomendnych, wystawiając im z jednej strony potrzebę prędkiej pomocy, a z drugiej niepewność dokonania tego, mając przed sobą tak przewyższającego nieprzyjaciela. Niełatwo było w tym trudnym położeniu zdecydować się, wszelako przemogła nad innymi względami chęć dania pomocy współrodakom i jednozgodnie postanowiono bez straty czasu nieść nam pomoc.

Jakoż o godzinie drugiej z południa wyruszył szef Bronisz ze swym oddziałem, składającym się z 200 ludzi piechoty polskiej i 80 dragonów francuskich z pułku 21, drogą ku Fuengiroli. Gdy zaś ta droga, trudna (s. 527) dla piechoty, była trudniejszą jeszcze dla jazdy, przeto piechota udała się przez skaliste pozycje drogą krótszą, a jazda posłana została drogą na lewo ponad morze prowadzącą.

Nieprzyjaciel przez cały ten czas nie przestawał ogniem z dział łamać osłabionych murów, i małą już tylko mieliśmy nadzieję możności dłuższego utrzymania się.

Ani sternik ze skołatanego burzą okrętu i zagrożony bliskim rozbiciem nie upatruje z większym natężeniem lądu, gdzie by mógł znaleźć ocalenie, jak ja z wysokości murów, śród gradu kul przebiegałem okiem znane mi okolice w nadziei odkrycia zbliżającej się jakiej pomocy. Na koniec przecież i dla nas zabłysnęła nadzieja, dostrzegliśmy pokazujący się z wolna od strony Malagi mały oddział kawalerii: była to przednia straż złożona z 1 sierżanta i 10 ludzi z pułku 21 dragonów francuskich.

Przedsięwziąłem zatem korzystać jak najśpieszniej z wrażenia, jakie na nieprzyjacielu mógł sprawić widok przybywającej nam odsieczy, i wysłałem w tym celu 90 ludzi[6] z mojej załogi na ochotnika wybranych, pod dowództwem porucznika Chełmickiego, z rozkazem uderzenia z bagnetem na baterię nieprzyjacielską, która nam najbliżej dokuczała, sam wyszedłem mu w asekuracji w 40 ludzi, resztę zaś garnizonu przygotowałem do dania nam pomocy i do zabezpieczenia odwrotu do zamku.

(s. 528) Uderzenie mego oddziału pod dowództwem Chełmickiego, przy pomocy przedniej straży dragonów, która się z nim połączyła, miało najlepszy skutek, gdyż bez wystrzału wpadł na nieprzyjacielską baterię z bagnetem w ręku i mimo oporu batalionu nieprzyjacielskiego, który jej bronił, opanował znajdujące się w niej działa, ubiwszy wielu Anglików i zabrawszy z nich 40 w niewolą, a między tymi jednego oficera, który był adiutantem, reszta batalionu w ucieczce szukała ocalenia.

Odważny Chełmicki, goniąc pierzchającego nieprzyjaciela, gdy się zanadto od swoich oddalił, został raniony i schwytany, lecz w chwili gdy prowadzonego już jako jeńca z szlif obdzierano, żołnierze z jego oddziału, idąc za własnym popędem, doganiają nieprzyjaciela uprowadzającego ich dowódcę, odbijają go i kilkunastu Anglików częścią trupem kładą, częścią w niewolą pojmują.[7]

Jenerał nieprzyjacielski, będący na pozycji znacznie odległej za baterią, właśnie wtenczas był przy śniadaniu, a reszta wojska jego zajęta była odbieraniem żywności. Jak tylko dostrzegł uciekający swój batalion i baterią opanowaną przez szczupły oddział naszych, zbiera całą swoją siłę, do 4000 ludzi wynoszącą, i uderza (s. 529) na mój oddział w celu odebrania baterii straconej. Jakoż udało mu się zmusić Polaków do odwrotu, lecz drogo go kosztowała ta korzyść, gdyż będąc panami dział jego, przez pół godziny prawie żołnierze nasi obrócili do niego armaty z baterii i dobrze kierowanym ogniem znacznie uszkodzili ścieśnione jego kolumny. Pod Jenerałem ubito wtenczas konia, a w cofaniu się zapalono zapasy amunicji, której nie można było dla braku wozów uprowadzić. Przez eksplozję z nieostrożności sprawioną trzech moich ludzi zostało mocno skaleczonych.

Niedługo atoli nieprzyjaciel cieszył się tą chwilową korzyścią z odzyskania baterii, gdyż wzmocniwszy mój oddział częścią pozostałej w zamku załogi, kazałem uderzyć na prawe skrzydło nieprzyjaciela w tej samej chwili, kiedy szef Bronisz, przybywszy ze swą komendą, natarł na lewe skrzydło i z tyłu mu razem zagroził, nie zostawiając mu bynajmniej czasu do rozwinięcia się i uszykowania. Baterię artylerii nieprzyjacielską na nowo zdobył, a podporucznik Lalewicz z komendy szefa Bronisza, znając artylerią, umiał z dział opuszczonych korzystać, zręcznie i skutecznie przyczynił się do jego zmieszania. Część nieprzyjacielskiego wojska odcięta dostała się w niewolą wraz z Jenerałem Blayney, naczelnie dowodzącym, i kilkunastu oficerami; również zabraliśmy i znaczny zapas pozostałej amunicji. Pole bitwy okryte było rannymi i zabitymi Anglikami, reszta w największym nieładzie ucieczką się ratowała.

Wkrótce potem przyprowadzono jeńców pod mury zamku, gdzie byłem dla wydania rozkazów względem rannych, tak moich, jako też nieprzyjacielskich. (s. 530) Jenerał, zbliżając się do mnie wraz z innymi zabranymi oficerami angielskimi, zdjął kapelusz, tak jak i inni oficerowie, i rzekł do mnie po francusku te słowa: “jestem jeńcem WPana”, na to ja salutując pałaszem, który miałem w ręku, zapytałem go się tonem łagodnym i z delikatnością, jaki był jego stopień? A gdy mi powiedział, że był Jenerałem i dowódcą tej całej wyprawy, pytałem się go dalej, dlaczego powtarzał swe wezwanie mnie do poddania, kiedy nieprzyjęcie pierwszego parlamentarza powinno go było przekonać, że nie byłem w myśli wchodzenia w jakiekolwiek bądź układy. Odpowiedział mi na to, że widząc jak szczupłą miałem siłę, a mając blisko 50 przeciw jednemu, był pewnym, że nie będę się nadaremnie tak przewyższającej sile opierał.

Rozmowę dalszą przerwał nam jeden z moich żołnierzy, mocno w głowę raniony, a zbliżywszy się do mnie, oddał mi pałasz Jenerała, którym go przy pojmaniu kilka razy ciął w głowę. Widok tego żołnierza zmieszał Jenerała, co spostrzegłszy, prosiłem go, aby wraz z swymi oficerami udał się do mojej kwatery. Przechodząc przez plac zamkowy, widział Jenerał zabitych wielu: moich ludzi i rannych oraz rozwalone już w wielu miejscach mury i dziwił się wytrwałości mojej w obronie zamku. Na co odpowiedziałem, że według mego przekonania, każdy na moim miejscu postawiony toż samo byłby uczynił.

W mojej kwaterze zastaliśmy oficera zabranego w pierwszym uderzeniu na baterią. Oficer ten mienił się adiutantem Jenerała, przywitał się z nim i wzajemnie był powitany w języku angielskim.

W przekonaniu, że Jenerał fizycznie i moralnie utrudzony potrzebować mógł co orzeźwiającego, a razem (s. 531) przez gościnność samą, zapytałem się go, czyli by się czego nie napił, dodając razem, że wybór nie był trudnym, gdyż w magazynie moim nie miałem jak tylko wino Secco Malaga i wódkę hiszpańską. Zastanowiwszy się nieco, odpowiedział, że przekładał wódkę nad wino. Wtenczas prosiłem adiutanta jego, ażeby poszedł do obok będącego mego magazynu, od którego dałem mu klucze, z dwoma innymi żołnierzami i raczył kazać przynieść nam wódki; użyłem go zaś do tego z powodu, że najłatwiej mogłem się z nim rozmówić, gdyż mówił dobrze po niemiecku, a razem i z obawy, abym przez posłanie samych mych ludzi nie dał okazji do jakiego nieporządku, gdyż dziedziniec pełen był jeńców angielskich, którzy z łatwością mogli byli wpaść do mego magazynu, a ja miałem podówczas w zamku tylko 40 ludzi pod bronią, i to na murach stojących.

Po przyniesieniu wódki wziąłem szklankę, nalałem i wypiłem zdrowie Jenerała, a nalewając dla niego, gdy była w połowie nalaną, Jenerał zawołał, że dosyć i prosił, aby mu dopełnić wodą. Odpowiedziałem, że wody w zamku nie było, gdyż istotnie miejsce, z którego wodę brała osada, było zaraz z początku oblężenia zajęte przez nieprzyjaciela, i dodałem, że przez to żądanie czyni zniewagę swemu narodowi; a na zapytanie jego w jakim sposobie – rzekłem, iż Anglicy i Polacy są dwa narody w Europie słynące z tego, że jeśli się dobrze biją, to także i nieźle piją. Wtenczas Jenerał rzekł: a więc proszę mi dać, i wychylił za moje zdrowie, co także zrobili i inni oficerowie. Nie było tu bynajmniej zamiarem moim upoić Jenerała, lecz widząc zmartwionego, chciałem rozweselić.

(s. 532) Nie mogąc dłużej dla mych obowiązków zostawać z Jenerałem, prosiłem go, aby sobie wypoczął na moim łóżku, a sam zostawiając go z innymi oficerami, udałem się na baterię zamkową, zajętą ciągle strzelaniem do Eskadry, której ogień trwał jeszcze.

Oddział Szefa Bronisza wraz z trzecią częścią mej załogi ścigał nieprzyjaciela uciekającego, i gdyby nie ogień po większej części kartaczowy z szalup kanonierskich i korsarskich, zasłaniających ucieczkę nieprzyjaciela, cały jego korpus byłby się dostał w niewolą, gdyż był w nieładzie, i z łatwością mógł być pokonany nad brzegami, gdzie pozycje równiejsze były korzystne dla oddziału jazdy francuskiej, która pomiędzy skałami nawet poprzednio wspierała natarczywe i odważne uderzenie piechoty polskiej. Znaczna część Anglików strachem podszytych, uciekając, w morze Śródziemne się rzucała, szukając ocalenia swego na szalupach kanonierskich pod brzegi przypływających.

Wracając z baterii zastałem Jenerała rozmawiającego na dziedzińcu z jeńcami angielskimi, w obawie zatem sprawiedliwej, aby w tej rozmowie prowadzonej w języku dla mnie obcym, nie było co szkodliwego, prosiłem Jenerała aby chciał powrócić do mego pokoju, co istotnie zaraz uczynił. Gdy jednakże wkrótce wyszedł pomiędzy jeńców, wtenczas prosiłem jego adiutanta, aby polecił swojemu Jenerałowi wrócić do pokoju, gdyż te częste wychodzenia i rozmowy czyniąc mnie niespokojnym, zmusiłyby do postawienia przy drzwiach straży.

Prawda, że pobyt w tym pokoju nie był bardzo przyjemnym, gdyż był położonym właśnie pod bateryą na (s. 533) której umieszczone były moje dwa 16° funtowe działa, i za każdym tychże wystrzałem trzęsły się mury i gruz z sufitu opadał, równie jak i szyb reszta jaka w potłuczonych już oknach jeszcze pozostała.

Jenerał wróciwszy z dziedzińca oświadczył mi, iż jak tylko pokaże się z baterii Komendantowi Eskadry, ustanie z niej ogień: poszliśmy zatem razem na baterię, gdzie widok Eskadry rozczulił Jenerała, i ze łzami w oczach mówił o swoim położeniu, utyskując na los, który mu sprzyjał w 58 przeszło bitwach, a opuścił go tym razem dotkliwie, ho mając pod swymi rozkazami tak piękną i mocną wyprawę, został ujętym przez garstkę Polaków, których zabrania bez żadnego oporu niedawno był najpewniejszym.

Wkrótce po ukazaniu się Jenerała na mojej baterii, ustał ogień Eskadry angielskiej, która niezadługo podzieliwszy się na dwa oddziały i rozwinąwszy żagle, w oczach naszych oddaliła się majestatycznie, jeden oddział w kierunku ku cieśninie Gibraltaru, a drugi ku brzegom Afryki naprzeciwko leżącym.

Po oddaleniu się Eskadry zająłem się zaraz zebraniem mojej osady, i zaprowadzeniem porządku, rozstawieniem straży, które w skutku poprzednich wypadków ściągniętymi być musiały. Poczym Szef batalionu Bronisz z swoją komendą zabrawszy rannych swoich i angielskich, tudzież jeńców, Lorda Blayney i ośmiu oficerów, jako też przeszło dwustu żołnierzy angielskich, do Mijas na noc się oddalił. Przed odejściem tej komendy pożegnałem Jenerała, który mnie nawzajem serdecznie uścisnął, oświadczając mi żal z tak prędkiego rozstania się; przyczym poleciłem Jenerała troskliwej opiece dowodzącego eskortą zabranych jeńców.

(s.534) Po wyprawieniu niewolników zająłem się pomieszczeniem wygodniejszym rannych, tak Polaków jako też i Anglików później z pobojowiska pościąganych, żadnej między nimi nie robiąc różnicy, starałem się osłodzić ich cierpienia o ile tego dozwalały zapasy zamku. Wysłałem także oddział dla sprowadzenia do zamku zabranych nieprzyjacielowi armat, amunicji, broni i innych sprzętów, które po ucieczce nieprzyjaciela na placu boju pozostały.

Ułatwiwszy się nieco zająłem się zaraz zdaniem raportu tak Gubernatorowi Malagi, jako też i pułkownikowi dowódcy 4° pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, który podobnież w Maladze podówczas znajdował się.

Posłaniec niosący te raporty zatrzymanym został w Villa Modena przez przednie straże Jenerała Sebastianiego, który spiesząc na odsiecz Fuengiroli przybył do tego miejsca, znajdującego się na połowie drogi od Malagi. Ten Jenerał był w obawie o los Fuengiroli, gdyż w przechodzie przez Torremolinos, miał wiadomość od miejscowego dowódcy, że ja z moim garnizonem zostałem wysadzony na powietrze, do czego dała powód najpewniej eksplozja z spalonej angielskiej amunicji, po pierwszym zdobyciu baterii.

W tej niepewności otworzył Jenerał Sebastiani mój raport do Gubernatora Malagi, i wyczytawszy w nim szczegóły wypadków na prędce opisane, nie chciał temu od razu dać wiary, a chcąc się dokładniej przekonać, otworzył i raport przesłany do mego pułkownika, do którego przetłumaczenia jako pisanego w języku polskim, użył jednego z oficerów polskich przy nim zostających, zalecając mu wytłumaczenie każdego słowa , a lubo (s. 535) jednozgodność raportów winna była przekonać Jenerała Sebastianiego o istocie rzeczy, wszelako nie mógł w zupełności dać wiary temu co czytał i słyszał, i dla zupełnego przekonania, wysłał oddział ułanów polskich pod dowództwem pułkownika inżynierów Cossini, i adiutanta swego Layoistin dla dotarcia na miejsce i przywiezienia dokładnego raportu o moim położeniu.

Oddział ten równo z dniem 16 Października zbliżył się pod mury zamku, o czym uwiadomiony od straży, rozpoznałem go, i po przekonaniu się, że należał do korpusu Jenerała Sebastianiego, kazałem mu otworzyć bramę. Po przywitaniu się z oficerami wzwyż wymienionymi, pytającym się z największą ciekawością, opowiedziałem wypadki dnia poprzedniego, i dowiedziałem się od nich o niedowierzaniu Jenerała Sebastianiego raportom moim, które przez niego w drodze były otwarte; niemniej, że Jenerał najpóźniej za trzy godzin miał przybyć. Jakoż przed wyjściem tego czasu zobaczyliśmy oddział jazdy ciągnącej ponad brzegiem morza. Wyszedłem na przyjęcie Jenerała Sebastianiego, którzy przybywszy pod mury zamku i zobaczywszy 6 dział angielskich, w grzecznych nader wyrazach oświadczył mi swoje ukontentowanie i powinszował tak świetnie dokonanego czynu. Wypytywał się potem o najdrobniejsze szczegóły tego wypadku i gdzie by się znajdował Jenerał Blayney, a uwiadomiony że został odesłanym do Mijas dla odprowadzenia go do Malagi , wykomenderował zaraz szwadron jazdy z swym adiutantem, dla sprowadzenia go do Fuengiroli, rozkazując wysłanie konia jednego z swych wierzchowych dla tegoż Jenerała, potem zaś udał się ze mną i z całym swoim sztabem dla obejrzenia pola bitwy; przyczym musiałem mu opisywać (s. 536) wszystkie poruszenia nieprzyjacielskie, i szczegóły naszego ataku, co miało służyć do zdjęcia planu, i opisu dokładnego, dla zrobienia raportu, który z tego powodu miał być do Francji przesłanym.

Jenerał Sebastiani przed oddaleniem się z Malagi napisał do mnie list którego wierny odpis na końcu tego pisma jest dołączonym.

Oto jest krótki lecz najwierniejszy opis wypadków, które miały miejsce w czasie krótkotrwałego oblężenia zamku Fuengirola, dalsze zaś szczegóły jako mające mniejszy związek z tenże oblężeniem, tym chętniej przedsięwziąłem pominąć, że czytelnik którego by życzeniem było poznać je, znajdzie takowe z największe mi nawet drobnostkami opisane w dziele Lorda Blayney. Nim jednakże zakończę moje uwagi, przedsięwziąłem jeszcze roztrząsnąć znaczniejsze uchybienia jakie Lord Blayney popełnił w użyciu wyprawy jego dowództwu powierzonej, a razem udowodnić, jak niesprawiedliwymi są tego Lorda użalenia co do obejścia się z nim po wzięciu w niewolę; o czym jego własne postępowanie jako też i oficerów razem z nim zabranych najlepiej przekonają.

Wprzód atoli nim przystąpię do tych przedmiotów, winienem wymienić imiona tych moich walecznych towarzyszów broni , którzy znajdując się w tej potrzebie, przez swą odwagę i męstwo osobiste będąc przykładem swym podkomendnym, przyłożyli się do zniszczenia w sposobie tak zaszczytnym dla oręża polskiego, wyprawy nieprzyjaciela, która gdyby się była udała, znaczne przyniosłaby mu była korzyści. W ciągu całej tej bitwy znajdowali się ze strony naszej:

(s. 537) Szef batalionu: Bronisz. Kapitan: Płachecki Władysław. Poruczniczy: Chełmicki Eustachy, Osiecki Wojciech, Ubysz Jan, Petit Fryderyk, Podporucznicy: Lalewicz Franciszek. Otfinowski Michał. Ośniałowski Andrzej. Sierżant: Zakrzewski Józef

Ci wszyscy byli z pułku 4° piechoty Księstwa Warszawskiego, i na równie zaszczytne wspomnienie zasłużyli officerowie pułku 21 dragonów francuskich: kapitan Anthier, i porucznik Petion.

Uwagi niektóre o tej wyprawie.

Lord Blayney w dziele swoim stara się usprawiedliwić dla czego z wyprawą swoją nie uderzył na Malagę, lecz od ataku na zamek Fuengirola działania swoje rozpoczął, powody atoli przytoczone przez Lorda Blayney, tak słabo są wsparte, że z łatwością liczne by im można zrobić zarzuty; gdy jednakże ani zakres pisma tego dozwala obszerniejszego rozbioru, ani moim nie jest zamiarem krytykować postępowanie tego Jenerała, przestanę zatem jedynie na zrobieniu niektórych uwag, jakie nastręczają się każdemu, komu tylko znajomymi są położenie miejsc i okolic Malagi, jako też i ówczasowe okoliczności.

Uderzenie wyprawy Lorda Blayney na Malagę, więcej obiecywać mu mogło dobrego skutku, aniżeli uderzenie na zamek Fuengiroli, a to tak pod względem to- (...)

(brak str. 538-539)

(s. 540) nie mógł prędko iść w pomoc oddziałowi bateryą osadzającemu?

Wszystkie poruszenia w korpusie Lorda Blayney nie mogły być utajone nieprzyjacielowi, który go z wałów zamku najtroskliwiej śledził; to położenie zatem winno było uczynić ostrożniejszym tego Jenerała, a wszelako bez względu na przytomność nieprzyjaciela, wśród dnia nawet dozwolił rozpuścić ludzi po odebranie żywności i sam razem w tym samym czasie udał się do śniadania z swymi oficerami.[8] Ta nieostrożność nie uszła mu bezkarnie, gdyż korzystając z dostrzeżonego w korpusie nieprzyjaciela nieporządku, zrobiłem wtenczas pierwszą moją wycieczkę, której skutkiem jak już się wyżej powiedziało, było zdobycie pierwszy raz baterii. Wycieczka ta nie byłaby miała miejsca, gdyby korpus Lorda Blayney odebrał był w nocy żywność. a przez dzień stał pod bronią w pogotowiu do odparcia wycieczki.

Nie ubliżając bynajmniej talentom wojskowym Jenerała Lorda Blayney i oddając zupełną sprawiedliwość osobistej jego odwadze, jaką okazał w wyprawie pod Fuengirolą, podług mnie Jenerał naczelnie dowodzący w rzadkim nader tylko wypadku[9] osobistą (s. 541) odwagą, a ciągle jest obowiązkiem jego czuwać nad położeniem powierzonego mu wojska, i gdyby w razie obecnym Jenerał Lord Blayney zamiast udania się osobiście przeciw atakującym, zajął się był utrzymaniem porządku w swych kolumnach i bronieniem pozycji, na której się znajdował, natenczas korzyści któreśmy z początku odnieśli, może by były następnie straconymi, lub przynajmniej porażka nieprzyjaciela pozbawionego dowódcy nie byłaby tak zupełna.

Można by tu jeszcze więcej zrobić uwag i zastanowić się, dla czego Jenerał angielski w dziele swoim wypuścił niektóre szczegóły zupełnie, a innych słabo tylko dotknął, lecz nie chcąc zgłębiać jakie go do tego mogły skłonić powody, przestanę na tym, co dotąd powiedziałem, i przystąpię do uniewinnienia się z zarzutu jaki mi zrobił. Przy opisaniu wypadków drugiego dnia po wylądowaniu Anglików przy zamku Fuengiroli, umieściłem najwierniejszy opis przyjęcia Jenerała Blayney, gdy był do mnie jako jeniec przyprowadzony; do tego opisu nic bym już więcej dodać nie powinien, zostawiając czytelnikom wolność wyrzeczenia, czyli w mym obejściu się z Jenerałem Blayney było co nagannego, lub ubliżającego jego randze i honorowi?

Gdy jednakże Lord Blayney w trzecim rozdziale swego dzieła od tego zaczyna[10], iż wszedłszy do zamku gdzie ja dowodziłem, i spotkawszy mnie z innymi oficerami, został odemnie powitany grubiańskimi wyrazami. (s. 542) „Nuże kolego wypij kielich wódki! nie jesteś u siebie”, a razem że i moi żołnierze spoufaleni z innymi oficerami w największym nieładzie klepiąc go również po ramieniu, toż samo mu powtarzali “nuże, nuże, kolego! pijmy!” winienem nadmienić, że podobne zarzuty są najniesprawiedliwsze, gdyż nigdy nie było moim zwyczajem, abym z oficerem nawet niższym od siebie, miał sobie pozwalać takiej poufałości, a tym mniej względem Jenerała, który chociaż w niewoli naszej znajdował się, niemniej atoli miał prawo tak do uszanowania dla swojej rangi, jako też przez położenie samo z siebie dość dla niego przykre; mogłem niedelikatnym obchodzeniem się, uczynić takowe jeszcze przykrzejszym.

Co do poufałości żołnierzy o jaką obwinia ich Jenerał, w tym zdarzeniu ten zarzut również jest niesprawiedliwym; w wojsku naszym nigdy młodszy starszemu, nie ważyłby się uchybić, nigdy żołnierz nie miał tej poufałości, ażeby w przytomności oficerów swoich pozwalał sobie uchybić Jenerałowi, chociażby też w niewolę zabranemu.

Na koniec, gdyby istotnie przyjęcie moje i obejście się z Jenerałem Blayney, było takim, jakiem podobało się odmalować je Jenerałowi, natenczas samo wspomnienie o mnie Jenerałowi Blayney byłoby przykrym, a tym mniej starałby się widzieć człowieka, który w podobnie smutnym jego położeniu, tak niegodnie i nieludzko z nim sobie postąpił.

Przeciwnie jednakże zamiast żalu i wstrętu do jakich nakłaniałoby Jenerała moje obejście, gdyby było tak nieludzkie i barbarzyńskie, jakiem Jenerał ten wystawił je w swym dziele, w późniejszym widzeniu się ze mną w położeniu zupełnie różnym, wysilił sig Lord Blayney

(s. 543) na danie mi dowodów swego szacunku i poważania, do których zapewne nie nabywa się prawa przez postępowanie podobne jakie mi Jenerał przypisał w czasie późniejszym, i najpewniej w przekonaniu, że nigdy do mej wiadomości nie dojdzie. W roku albowiem 1812 prowadząc z Hiszpanii znaczny oddział przez Francję, gdy w pochodzie zbliżyłem się pod miasto Verdun, w znacznej odległości od tego miasta postrzegłem kilku jeźdźców na dobrych koniach ku mnie zbliżających się, i nie małe było moje zadziwienie, kiedy jeźdźcy otoczywszy powóz, w którym będąc nieco słabym jechałem, zaczęli mię witać “jak się ma pan Komendant Fuengiroli?” To powitanie zdziwiło mnie tein bardziej, że w gronie tym nikogo znajomego nie mogłem znaleźć, aż dopiero po zbliżeniu się do mnie Jenerała Blayney, poznałem go po głosie, gdyż przebrany po cywilnemu zupełnie dla mnie był nieznajomym. Jenerał oświadczył mi najuprzejmiej, że dowiedziawszy się od dowódcy 4° pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, który parę dni przede mną przez Verdun także przechodził, iż niezawodnie dziś miałem przybyć, wyjechał z innymi oficerami angielskimi na moje spotkanie, w dowód szacunku jaki dla mnie powziął od pierwszego ze inną poznania się, a razem dla zawdzięczenia mi za gościnne z nim się obejście, w czasie dostania się jego do niewoli.

Po przywitaniu się wzajemnym, byłem proszony przez Lorda Blayney ażebym zaraz po przybyciu do miasta i umieszczeniu mego oddziału, przybył do jego pomieszkania, a zostawiwszy przy mnie jednego z swych oficerów, sam na powrót odjechał. Przyszedłszy do miasta i rozlokowawszy mój oddział, po danym rozkazie zebrania się w dniu następnym do dalszego marszu, udałem się (s. 544) z zostawionym mi przewodnikiem do pomieszkania Lorda Blayney, którego zastałem w gronie kilkunastu jego ziomków Anglików.– Jenerał na nowo przywitał mnie najgrzeczniej, przedstawił wszystkim swoim towarzyszom, wspominając najpochlebniej dla mnie okazję, w której się ze mną poznał, a potem prosił mnie, abym mu powiedział, jakiem winem może mi służyć;– odpowiedziałem, że takim jakie sam pija, gdyż, dodałem, pewny byłem jego dobrego gustu. Przyniesiono potem różne jedzenia, przy których piliśmy naprzód wino likierowe, lecz gdy po wypiciu paty kieliszków kazał Jenerał przynieść inne nierównie mocniejsze, zacząłem się wymawiać Jenerałowi, składając się utrudzeniem marszu ; wtenczas Jenerał w tonie żartobliwym rzekł do mnie, “czy zapomniałeś WPan to coś mi powiedział w zamku Fuengirola, że Anglicy i Polacy byli najwaleczniejsi w Europie do kielicha?” co następnie kilka razy powtarzał, ile razy tylko wymawiałem się od wypicia kielicha.

Później zaprosił mię Jenerał Blayney do loży swojej w teatrze, przyszliśmy już prawie na końcu pierwsszego aktu opery „Woziwoda paryski”. Ledwie atoli przez jedna scenę zabawiliśmy w loży. Jenerał prosił mnie najgrzeczniej do bufetu; długo wymawiałem się, lecz na koniec musiałem zadość uczynić jego życzeniu. W bufecie, jak i w teatrze samym, najwięcej było Anglików, którzy, jak mi Jenerał powiedział, sami ten teatr protegowali, i dla tego zawsze był przez nich napełnianym.

Jenerał przedstawił mnie innym Anglikom, mówiąc w pochlebnych wyrazach: „oto jest mój zwycięzca, Komendant sławny Fuengiroli; on to mnie wziął w niewolę itp.”, poczym przy szklankach ponczu prowadzono (s. 545) dyskursa o różnych bitwach w Hiszpanii, każdy opowiadał gdzie był wziętym, gdzie rannym, największa liczba tych oficerów, była zabraną przez ułanów polskich, których pułk wszystkim był dobrze znajomy.

W podobnych rozmowach tak nam czas upłynął, że gdyśmy do teatru wrócić zamyślali, dowiedzieliśmy się, że się już był zakończył. Wziął mnie zatem Jenerał znowu do siebie, gdzie przy kielichach rozpoczęliśmy na nowo rozmowę o dobywaniu i obronie Fuengiroli. Jenerał utrzymywał, iż największy błąd popełnił, że zaraz pierwszego dnia po wylądowaniu, nie przypuścił szturmu za pomocą drabinek które miał przygotowane na ten koniec, a wskazując na majora tamże przytomnego, powiedział mi, iż ten już był przeznaczonym do tej wyprawy; wystawiając nadto waleczność jego, dodał: #pewnie byśmy byli WPana zabrali.” Na to odpowiedziałem, iż łatwiej dla nas byłoby spychać ich z góry, jak im drapać się po drabinach.

Na podobnych rozmowach do późnej nocy nam zeszło; wtenczas chcąc cokolwiek wypocząć, przed udaniem się w marsz, chciałem już pożegnać Jenerała, lecz on nie chciał mię wypuścić, i w sposobie najgrzeczniejszym nalegał, abym dzień następny dla niego poświęcił, prosząc mnie, abym był u niego na śniadaniu za miastem, gdzie razem miał być kurs odprawiony; później zaś u niego w mieście miał być obiad na kilkadziesiąt osób, na którym miał się znajdować jeszcze jeden Jenerał angielski, także w niewoli będący, z którym chciał mię zapoznać, dodając grzecznie, że to już sobie ułożył, jak się tylko dowiedział o moim przybyciu. Wymawiałem się, ile mogłem Jenerałowi, obowiązkiem moim jako Komendanta oddziału i odpowiedzialnością za wszelki (s. 546) wydarzyć się mogący nieporządek lub przypadek w marszu, a nadto, że nie mając żadnego zdrowego oficera, nie miałem komu zdać komendy nad oddziałem. Na wszystkie moje tłumaczenia Jenerał dawał mi zaręczenie, iż na siebie bierze odpowiedzialność za wszystko złe, co by się w czasie mojej nie bytności wydarzyć mogło. Widząc zatem niemożność uwolnienia się inaczej, udałem że się skłaniam do życzenia Jenerała, abym tylko mógł się uwolnić i udać do mego oddziału, który już nawet zbierać się zaczął. Przed oddaleniem się atoli z Verdun napisałem do Jenerała z przeproszeniem, że dla obowiązków służby nie mogłem być dłużej z nim; podziękowałem oraz za jego dla mnie uprzejmą gościnność.

Takie to było ostatnie moje pożegnanie z Jenerałem Lordem Blayney, którego ciągła i uprzedzająca grzeczność ani mi pomyśleć dozwalała, ażeby kiedy z pod tego pióra wyszło pismo tak dla mnie obraźliwe, a tak dalece z prawdą niezgodne. Ja z mojej strony nie mam sobie nic do wyrzucenia, zrobiłem moją powinność tak jak mi się najlepiej zdawało; przyjąłem go chociaż jeńca tak otwarcie i ludzko jak tylko mogłem w moim położeniu, lecz znalazłszy się tak niesprawiedliwie oczernionym, pominąć muszę szacunek jaki winien jestem Jenerałowi Lordowi Blayney, a odpowiedzieć jedynie na zarzuty autora. Gdy zaś w dziele swoim Jenerał Lord Blayney i wiele innych osób uszczypliwie dotknął, spodziewam się zatem, iż może która z nich wystąpi w obronie dotkniętego honoru, a piórem zdolniejszym da uczuć autorowi, że można pogodzić obronę własnej, chociażby najgorszej sprawy, z oszczędzeniem niesprawiedliwych dla innych za rzutów.

Kopia listu własnoręcznego Jenerała Sebastianiego pisanego do b. Pułkownika Młokosiewicza.

Monsieur le Commandant!

Je pars pour Grenade, mais la conduite extreme­melit distinguće que vous avez tenue dans 1' affaire du 15, me laisse tres tranquille sur la defense du Fort que vous comrnandez. Mon depart ne vous enleve pas les secours qui pourraient vous (‘:tre necessaires en cas d’attaque. Tout est prevu et tous les ordres sont donnes en consequence. Je ne puis vous repe­ter assez, et aux braves qui sont avec vous, les temoi­gnages de ma satisfaction. J’ai rendu compte cle vó­tre conduite au Gouvernement franais, et j’ai sollicite sa bienveillance en votre faveur.

Recevez Monsieur le Commandant assurance de ma consideraticm.
Malaga le 17 Sbre 1810.
Horace Sebasliani,
M’ le Capitaine Mołokosiewicz Commandant le Fort de Fuengirola.

  1. Takim to nazwiskiem uczcił nas autor. (Przyp. Młokosiewicza)
  2. Dwie góry panowały nad zamkiem i te zdobyły tyraliery, wielką mi szkodę wyrządzając. (mł)
  3. Autor (Blayney) w Tom. 1, rozdz. 2, kar 14, powiada: że korpus jego został utrudzony marszem od miejsca lądowania pod Calle del Moral, aż do miejsca skąd Fuengirola widzianą być mogła. Odległość najwięcej pół mili wynosząca, wśród dnia przebyta w okolicy niezbyt nawet górzystej, nie wiem czyli była w stanie tak utrudzić żołnierza świeżego jakim był korpus Lorda Blayney po wysadzeniu na ląd.
  4. Lord Blaynej w Tom I, Rozd. 2, na kar. 21 mylnie pisze, że załoga krótko przed wylądowaniem została wzmocnioną w Fuengiroli, gdyż oddział porucznika Chełmickiego przybył w nocy z d. 14 na 15 października i to przechodząc pomikędzy pikietami angielskimi.
  5. Z baterii wysypanej naprzeciwko mojej prochowni, za pomocą moździerza i granatnika rzucając do zamku bomby i granaty, starano się przez zapalenie składu prochu, wysadzić zamek w powietrze, z innych zaś 4 armat usiłował nieprzyjaciel uskutecznić wyłom w murach.
  6. Lord Blayney w Tom. I. Roz. 2, kar. 26, podaje, że wycieczka ta była zrobiona w 600 ludzi piechoty i 60 jazdy, a w Fuengiroli cała siła składała się jak powiedziano z 150 ludzi, która później wzmocnioną została oddziałem porucznika Chełmickiego z 60 ludzi złożonym.
  7. W dziele T. I, K. 29, zarzuty jakie Lord Blayney czynił żołnierzom polskim, grubiańskiego z nim obejścia się na placu bitwy w czasie wzięcia go w niewolę, bardziej mogłyby być zastosowane do jego żołnierzy, którzy ująwszy na moment porucznika Chełmickiego zaraz mu szlify obdarli, i tak niezgrabnie, że mu nawet część kołnierza urwali, gdy przeciwnie Lord Blayney przyprowadzony z swoimi oficerami do zamku, pozostał równie jak oni przy szlifach, zegarkach, itd., grubiański zaś postępek żołnierzy polskich był skutkiem jego nieuległości, gdyż zostawszy już odciętym poddać się nie chciał, i kilku żołnierzy przed odebraniem mu pałasza mocno zranił.
  8. Lord Blynley na kar. 33 T.I, zapewne przez omyłkę napisał, jakoby od 24 godzin oprócz kielicha wódki, którą mu ofiarowałem, nic więcej w ustach nie miał, gdy tymczasem wraz ze swymi oficerami jadł śniadanie w czasie pierwszej wycieczki.
  9. Zdarzaają się wprawdzie momenta wśród bitew, gdzie dowodzący osobistym męstwem zmienia los tychże. Podobny wypadek miał miejsce w bitwie Caana w Hiszpanii, gdzie widząc cofających się naszych, Książe Sułkowski ująwszy sztandar 2 batalionu 4° pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, rzucił się na nieprzyjaciela wołając „kto Polak ten za mną” co zwróciło cofającą się dywizję i nieprzyjaciel został odparty z obronieniem pozycji, od których utrzymania los tej pamiętnej bitwy był zawisł.
  10. Kar. 30. En entrant dans 1 echateau je rencontrai le capitaine M.** qui y commandait; il etait accompagne de plusieurs autres officiers et m’accosta avec les paroles les plus grossieres en me de­mandant si c’dtait moi qui avait Pll Pinsolence de lui envoyer one sommation, et qui avaił fait irerser tant de sal)g. Ect, ect.